Czasem budzę się rano – i skanuję w myślach to wszystko, co może przynieść mi nadchodzący dzień. I przychodzi refleksja: “O kurwa, specjalne atrakcje to się dziś nie szykują”.
Bo tak: wszystkie rozpoczęte projekty są w toku, nic nie zostanie zakończone (ani dziś, ani w najbliższych dniach), tu więc się nic ciekawego nie wydarzy.
Do wykonania są te same rzeczy, co zwykle, które już zaczynają być nużące. Ale trzeba je wykonać, aby pchnąć sprawy naprzód.
Żadnej imprezy. Wyjazdu. Picia. Spotkań. Nic interesującego nie rysuje się na horyzoncie.
Słowem – szary dzień.
Nie wiem jak ty, ale ja lubię, jak coś się dzieje. Takie spodziewane szare dni są dla mnie ciężkie do zniesienia. Czasem radzę sobie z tym kupując kilka butelek piwa i wstawiając je do lodówki – jako nagrodę na koniec dnia.
Ale taka nagroda ma swoje minusy.
Kiedy jeden szary dzień nakłada się na drugi, nie nadążasz wynosić pustych butelek. To dobre od czasu do czasu. Jak przegniesz, twoje życie zaczyna układać się w motyw: praca i żłopanie piwska.
Nie do końca jest to fajne.
Dlatego częściej wolę stosować mały, mentalny trick.
Staję się maszyną do zrobienia rzeczy, które są do zrobienia, nie patrząc na to, czy to fajne, czy mniej fajne.
Bo kto, kurwa, w ogóle ci obiecywał, że ma być fajnie?
Wyłączam oczekiwania, żeby było kolorowo i atrakcyjnie. Jestem maszyną. Maszyna jest do roboty, nie do przyjemności.
Kiedy łapię się na tym, że myślę: “kurwa, znowu to samo”, albo: “teraz trzeba to…, nie chce mi się” – przestaję myśleć. Koncentruję się na własnym oddechu. Wyłączam myślenie inne niż to, które jest potrzebne do wykonania zadania.
I robię, co ma być zrobione.
Tak to działa. Nie myślę o tym, czy mi się chce, czy nie.
Po prostu robię.