Jeden koleżka, którego znam, podjął decyzję, że będzie dbał o formę. I wybrał popularny sport, jako środek prowadzący do celu: jazdę na rowerze.
I w związku z tym kupił sobie stacjonarny rower treningowy. To taki rower bez kół. Wiesz, stawiasz go sobie w pokoju, przed telewizorem – i pedałujesz do upadłego.
Nie musisz wychodzić z domu. Ma to swoje zalety, bo – na przykład – na dworze można się przeziębić.
Ten koleżka kupił dobry rower. Z wieloma bajerami. Stopniami trudności. Licznikami. I w ogóle z całym wyposażeniem, którego nie chciało mi się oglądać, bo, generalnie, olewam salonową jazdę rowerem bez kół.
Zakup roweru poprzedzony był długimi poszukiwaniami odpowiedniego modelu. Tak, aby rower spełniał wszystkie wymagania. Były wizyty w wielu sklepach, przeglądanie internetu, rozmowy z fachowcami.
Na koniec rower pojawił się w domu tegoż koleżki. Mógł więc już zabrać się do swoich rowerowych treningów.
I zabrał się.
I to był standard. Tylko taki standard-kompakt. Bo zwykle ludzie dają radę wytrzymać choć kilka tygodni, zanim ich zapał gaśnie. Ten koleżka wytrzymał kilka dni. Potem wybierał się na wycieczki swoim rowerem bez kół tylko od czasu do czasu. Aż w końcu rower stał się tylko meblem pokojowym, który jego żona musiała okresowo odkurzać.
Do momentu gdy dumnie spoczął w piwnicy.
Myślę, że cała akcja z poszukiwaniem i zakupem roweru trwała niewiele krócej, od jego użytkowania.
To jedna z setek tysięcy historii, której bohaterem akurat jest rower. Ale takich bohaterów jest wielu. I są różni. Bywają nimi skakanki, ławeczki treningowe czy nawet całe sale do ćwiczeń, różne dziwne cuda kupowane pod wpływem impulsu płynącego z reklamy telewizyjnej, drążki, hantle, łyżwy, narty, rolki… i wszystko inne, co wymaga – nawet przyjemnego – wysiłku.
Zasada jest taka: dużo dymu z zakupem sprzętu, wiele gadania, zastanawiania się, przemyśleń. Mało akcji. Cała para idzie – tym razem nie w gwizdek – ale w w przygotowania do akcji – czyli treningów.
Gdy przychodzi co do czego – a więc trzeba ustawić swoją własną rutynę treningową – to już przestaje być zabawne.
I szybko się kończy.
Skakanka – pod łóżko. Łyżwy (rolki) – do szafki. A rowerek – do piwnicy.
Cała ta zabawa w kompletację wyposażenia to kolejna forma odwlekania działania. I samooszukiwania. Skuteczne działanie nie na tym polega.
Zaczynaj od budowania nawyków, nie od kompletacji sprzętu. Bez nawyków twój nowy hiper-super-sprzęt szybko ci się znudzi i zacznie porastać mchem.
Zamiast skakanki weź sznurek do bielizny. I skacz dzisiaj. Teraz. Od razu, kiedy podejmujesz decyzję. Fatalnie się na nim skacze, bo jest zbyt lekki i źle układa się w powietrzu – ale nie chodzi tu o wygodę, ale o budowanie nawyków.
Zamiast tygodniami urządzać swoją domową siłownię idź w miasto i ćwicz dzisiaj. Albo przynieś sobie sztangę ze złomu, tak jak to się robiło kiedyś. Na urządzenie profesjonalnej siłowni przyjdzie czas.
Co zaś do rowerów bez kół, to w ogóle sobie odpuść. Ustalmy jedno. Rower musi mieć koła. I na rowerze się jeździ, to nie kolejny fotel do oglądania tv…
Chcesz trenować – zrób pierwszy krok szybko. Bez wydziwiania i szukania najnowocześniejszego sprzętu. Skup się na swojej rutynie i dyscyplinie.
Sprzęt to sprawa co najwyżej drugorzędna.