Muszę – oznacza: nie chcę

Muszę to zrobić – myślisz wielokrotnie, przy okazji różnych sytuacji. Muszę – myślisz, i od razu czujesz, jak ci się nie chce.

To jest ze sobą powiązane. Zresztą, czy można się dziwić?

Muszę implikuje, że istnieje siła, która narzuciła ci konieczność wykonania czegoś. Że nie wynika to z twojej woli, ale z woli tej siły. Że twoje zdanie, co do tego, co masz zrobić, nie liczy się, bo liczy się tylko konieczność. Muszę i chcę - to nie bardzo z sobą współgra. Muszę, choć nie chcę – to zwykle bardziej pasuje do sytuacji.

Słowem muszę posługujemy się w codziennym życiu jako słowem wymówką.

- Przyjdziesz jutro? – pyta cię ktoś.

- Nie mogę – odpowiadasz. – Muszę zrobić to i to.

Może to być prawda, ale jeśli akurat nie jest, ta wymówka świetnie zdejmuje z ciebie odpowiedzialność w oczach drugiej osoby. Odpowiadając: nie mogę, bo muszę nie zdradzasz swojego stosunku do propozycji drugiej strony. Zasłaniasz się obecnością siły wyższej, na którą nie masz wpływu. Druga osoba nie może się obrazić, w końcu to niezależne od ciebie.

Dalsza część tego dialogu może wyglądać tak:

- Naprawdę musisz to zrobić? Może przełożysz, bo Klaudia także przyjdzie?

- Klaudia? No dobra, dam radę. Przyjdę.

Odpowiednia “przynęta” zmienia sytuację. Muszę ulatnia się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nie ma: muszę. Nie ma: nie mogę. Jest: przyjdę.

W kontekście całej rozmowy pierwsze muszę oznacza: nie chce mi się na tyle, aby przyjść, wolę w tym czasie zrobić coś innego. Ale jeśli Klaudia przyjdzie, to już mi się chcę i przyjdę.

Naturalnie obie strony rozmawiają tak, jak gdyby żadna z nich nie zdawała sobie sprawy, co naprawdę do siebie mówią. Magiczne słowo muszę lekko zdejmuje  z wokandy sprawę chęci, rozmawia się jedynie o rzeczach niezależnych, które nie zależą od woli, a jedynie od okoliczności.

Świetna wymówka.

Co ciekawe, tak jesteśmy przyzwyczajeni do udawania, że nie wiemy, co słowo muszę znaczy w naszym potocznym języku, że te same wymówki, jakie stosujemy wobec innych, stosujemy wobec siebie.

Prawdopodobnie to właśnie odpowiada za fakt, że tak łatwo łykamy wymówkę muszę, gdy stosuje ją ktoś wobec nas  (zawsze jest w końcu możliwość, że on coś naprawdę musi). I sami również stosujemy ją bez oporu. W powyższym dialogu każda ze stron wydaje się absolutnie świadomie nie przyjmować do wiadomości, że mówią o chęciach, nie o ograniczeniach. Ale podświadomie to wiedzą.

Możesz na przykład powiedzieć do siebie: Nie pójdę dziś na tę kolację. Muszę popracować.

Czy to, czym usiłujesz siebie przekonać, to naprawdę niezależna od ciebie konieczność? Czy też nie chcesz z jakichś względów pójść na tę kolację. Może boisz się, że będzie nudno, nieprzyjemnie, że towarzystwo nie będzie ci odpowiadać. Ale z drugiej strony osoba zapraszająca cię jest miła i masz poczucie winy, że jej odmawiasz. Usiłujesz więc zagłuszyć swoje poczucie winy jakimś usprawiedliwieniem. I oszukujesz tym i ją – i siebie. Potem cały wieczór oglądasz telewizję, z poczuciem, że właściwie powinieneś popracować, ale jesteś teraz zbyt zmęczony i musisz – tym razem – odpocząć.

Muszę używane jest także w innym kontekście.

Muszę iść dziś na ten trening – sugeruje to rzeczywistą konieczność. Choć tak naprawdę nie musisz. Chcesz, ponieważ zależy ci na osiągnięciu pewnych rezultatów, które zależą od regularnych treningów. Sam trening jest dla wielu ludzi nieprzyjemny, nie lubią go, ale pragną efektów (lepsza forma, sylwetka, samopoczucie).

Mówiąc muszę znowu oszukujesz siebie. Sam wybrałeś – że będziesz trenował. Nikt ci tego nie narzucił. To twoja decyzja.

To prawda, że musisz trenować, aby uzyskać rezultaty. To wynika z natury rzeczy. Ale to, że chcesz rezultatów, wynika już tylko z aktu twojej woli, z decyzji i świadomego wyboru.

Zdecydowałem się to robić – brzmi rzeczywisty komunikat.

Po co więc obarczać się całym bagażem tego słowa. Po co ładować sobie na plecy worek z piaskiem, aby go nieść. Po co sobie utrudniać.

Niewiele jest spraw, które naprawdę musisz.

Nawet pracować w taki sposób, w jaki pracujesz, nie musisz. Musisz, bo chcesz żyć na pewnym poziomie. Niższym lub wyższym.  A więc, znowu: chcesz. Masz jednak inne opcje: możesz zostać żigolakiem, jeśli uda ci się taka sztuka, możesz nie pójść dziś do pracy i udawać chorego, możesz mieszkać na ulicy i żebrać.

Żona zmusiła cię, abyś pracował tam, gdzie pracujesz? Posłuchałeś ją, aby ją zadowolić. Nie musiałeś. Mogłeś odmówić i ponieść konsekwencje.

To są wybory.

Taki przymus wynika z wyborów.

Możesz łatwo udowodnić sobie, że nic nie musisz. Po prostu tego nie zrób – i żyj z konsekwencjami.

Zamiast więc mówić do siebie: muszę, powiedz: chcę. Wybieram. Decyduję. To bliższe prawdy. Jako że oddaje rzeczywistość: ujmuje ciebie, jako kierującego swoim życiem. W taki czy inny sposób, ale jednak jesteś przy sterze i nawigujesz tym okrętem, jakim jest twoje życie.

Są rafy, wyspy i mielizny, między którymi musisz lawirować. Tak po prostu już jest. Ale od ciebie zależy, czy rozbijesz okręt, czy dobijesz do portu. I to, jaki port wybierzesz. Albo czy w ogóle wybierzesz, czy błąkać się będziesz po morzu do śmierci.

Musisz iść dziś na trening? Ale ci się nie chce, więc siedzisz i oglądasz telewizję do momentu, gdy będzie za późno, by gdziekolwiek wyjść? (Przy okazji: nigdy nie jest za późno, są tylko kolejne wymówki.)

Nie musisz. Po prostu przyznaj się: właśnie wybrałem, aby nie osiągnąć efektów, jakie dałby mi dzisiejszy trening.

Albo zamiast tego powiedz sobie: Wybieram, aby iść dziś na trening, zamiast siedzieć przy telewizji jak gamoń.

W sumie – dobra decyzja. Gratuluję.

Owocnego treningu, życzę.

Przeczytaj także: